Nowość z księgarskich półek

Zyta Rudzka „Krótka wymiana ognia”

To opowieść o trójkącie. Nietypowym, bo kobiecym. Językowa gimnastyka na temat relacji matki i córki; córki, która staje się matką; córki, która nie chce być córką. Trzy bohaterki: mamulka, Roma oraz Zuzanna i temat (wydaje się) opracowany po wielokroć w literaturze. Jednak nie spodziewajmy się terapeutycznej opowieści o solidarności kobiet pomagającej przekuć klęskę w sukces. Krótka wymian ognia  Zyty Rudzkiej to raczej wiwisekcja mówienia, bezlitosne pozbawianie złudzeń oscylujących wokół trzech tematów: wieku, tworzenia i macierzyństwa.

Starość czy dojrzałość

Jeśli uwagę czytelnika zdobywa się pierwszym zdaniem, Rudzka zdecydowanie posiadła tę sztukę, pisząc: „Tymczasem zrobiłam się stara”.  Rola przysłówka „tymczasem”  polega na nawiązywaniu do zdania poprzedniego, w ten lapidarny sposób pisarka sygnalizuje, że zajmować będzie ją to, co wydarzyło się zanim bohaterka/narratorka stała się stara.  Rudzka rozpisuje powieść między biegunami „wcześniej” i „teraz”, te dwie perspektywy przenikają się w obrębie narracji, stając się źródłem napięć i znaczeń.

Scena otwierająca  Krótką wymianę ognia podsuwa czytelnikowi pierwszy trop – Roma, poetka lat 69, spotyka na przystanku „młodego samczyka” – czy kobieta w jej wieku może być przedmiotem adoracji, czy nadal wolno jej odczuwać namiętność i widzieć w młodym mężczyźnie posiadacza interesującego tyłka? Niestety,  jest  raczej kimś, kogo życie wtłacza na pozycję obserwatora, starszej pani, której należy ustąpić miejsca w metrze, a nie dostrzec  w niej namiętna kobietę. Roma uświadamia sobie, że stała się niewidzialna dla mężczyzn. Przygląda się kierowcy taksówki, snując erotyczne fantazje na jego temat, obserwuje parę nastolatków, w czasie namiętnych pocałunków. Młodzi mężczyźni, jak Cyryl, widzą w niej raczej mentorkę niż kochankę. Ona z kolei jest bezlitosna, obserwując  własne ciało: „Pokancerowana. W plamach. Liszajach. Wyżłobieniach. Koroduję. Kwilę w strupkach szarych. Sflaczała i obrzmiała”, „Cera sfermentowana. Gęsta siatka cienkich nacięć na policzkach, podobnych skaleczeniom brzegiem kartki. Zamiast włosów – upierzenie.” Rudzka staje się w tej refleksji kontynuatorką Zofii Nałkowskiej czy Anny Świrszczyńskiej, dla których ciało staje się przerażającym znakiem upływającego czasu. Autorka Krótkiej wymiany ognia często opisując, mnoży równoważniki zdania, epitety i metafory, pomija czasowniki. Wtedy opisywany obiekt czy osoba przypominają przedmiot, coś, co dotknięte zostało przez stagnację, obumarło, istnieje tylko w opisie.

Poezja

Roma jest poetką. Rudzka czyni ten element istotnym składnikiem tożsamości bohaterki, jednakże nie opracowuje go w zaskakujący sposób. Podkreśla bliskość doświadczenia fizycznego i aktu twórczego („Gdzieś we nie pisze zdanie”), porównuje pisanie do tego, co namacalne („Ciosam słowa jak drewno na opał”), przywołuje imperatyw tworzenia („Chcę pisać. Muszę pisać. Jak piszę, to tak, jakbym przyświecała sobie światełkiem. Jak piszę, to śpię. Jak piszę, jem.”), aż po horacjańskie trwanie dzięki pisarstwu („Literatura to przywilej alternatywnej egzystencji, dar drugiego istnienia”). Ciekawsza wydaje się w tej powieści sytuacja mówienia, przymierzania „słów jak sukienek”, bycia pomiędzy językami. Ta kwestia pojawia się w kontekście racji Romy z jej matką, nazywaną w powieści mamulką. Kobieta mówi gwarą. Gdy Roma zaczyna z nią rozmawiać, również zmienia swój sposób wypowiadania się, tak jakby korzystanie z określonej odmiany języka było znakiem bliskości z matką, podkreśleniem swoich korzeni i przynależności. Język wykorzystywany przez jej matkę, bliski temu, co fizjologiczne i zwierzęce („Ślepia we mnie wlepia. Po gospodarsku. Gapi się jak na swoje bydlątko, zmarniało czy przybrało? Pucate. Żarte. Jo”), udziela się też narratorce, która pisze „jak kura bez łba mamulka biega po podwórku.” Wersja matki sąsiaduje w powieści z tym, co ma do powiedzenia Roma. Opowiadanie historii to bilet wstępu do życia drugiego człowieka – brak gotowości zrozumienia i wysłuchania zostaje przez Rudzką ciekawie opracowana fabularnie. Mamulka więcej mówi do studni niż własnej córki, którą nazywa  „córuchą, barbeluchą”. To nad lustrem wody wybrzmią słowa tłumaczące strach przed zbliżającymi się Ruskimi, nie dla uszu Romy przeznaczone są wyjaśnienia, kim były Renate, Ingeborga i Nina czy wiadomość o tym, kto powiesił się ze strachu, a kto utonął w lodowatej rzece? Samotnie funkcjonująca na wsi mamulka, odrzucona przez córkę, która chce żyć na swój sposób, staje się paradoksalnie zapowiedzią losów Romy – jako matki, ale także jako tej, która wykorzystuje żywioł wody, aby domknąć to, co trudne.

Być matką

Zarówno mamulka jak i Roma doświadczają macierzyństwa jako czegoś paradoksalnego. Z jednej strony łączy je córkami niezwykłe podobieństwo fizyczne, jednak żadna z nich nie doświadcza bliskości dziecka. Roma ucieka do miasta z Mokrej, wioski, w której się urodziła, wyjeżdża nie tylko po to, by studiować, chce przede wszystkim zamienić się z Romci w Romę. Na wiele sposobów walczy o swą niezależność, przede wszystkim manifestując ją w sferze seksualnej –  jej „filozofią była fizjologia”, nawet małżeństwo okazuje się działaniem instynktownym. Zuzanna, która rodzi się ze związku Mateusza i Romy, jest dzieckiem niezwykłym, utalentowaną pianistką, koncertującą już jako kilkulatka. Rudzka ucieka przed pokazaniem nam, jak to się stało, że rodzice godzą się na taki obrót spraw, organizują swoje życie wokół genialnego dziecka, które zamienia się w smutną kilkulatkę, podziwianą przez tłumy. Cóż wstydliwego musiałaby na ten temat powiedzieć Roma? W  jej relacji z córką pojawia się poważna cezura – 18. urodziny Zuzanny to zakończenie kariery pianistki i ucieczka z domu, odcięcie się od rodziców.  Roma próbuje ją odnaleźć, z uciekinierki od życia z własną matką zamienia się w poszukującą, tak jakby cykl musiał się domknąć. Staje się to, gdy jej córka w zaskakującym monologu męża Romy, zamykającym książkę, określi ją mianem mamulki.

Na pewnie nie happy end

Mówimy potocznie „do trzech razy sztuka”, mając nadzieję w końcu na powodzenie jakiegoś działania. Jednak Rudzka nie proponuje łatwych rozwiązań, żadnego „żyła długo i szczęśliwie” w odniesieniu do którejkolwiek z bohaterek, nie doznamy konsolacji: Zuzanna uciekająca od matki, zatacza koło, wracając do  Mokrej; język, choć efektowny, tnący „powietrze (…) jak łyżwa lód”, nie zapewnia porozumienia, jest czasem jak rymowanki powtarzane wielokrotnie przez bohaterów w toku narracji, ciągiem słów bez komunikatu, bez wpływu na rzeczywistość.  Krótka wymiana ognia ma swoje ofiary, którymi są jej bohaterowie, jednak dla czytelnika stanowi przejmujące spotkanie z żywiołem opowiadania, choć niekiedy słowa więzną w gardle .

 

You Might Also Like

2 Comment

  1. Julita says: Odpowiedz

    Czy coś jeszcze poleciłabyś do przeczytania tej autorki? Ta książka rzeczywiście mi się podobała.

    1. Ilona Starosta says: Odpowiedz

      Czytałam kiedyś jej „Białe klisze”, ale niewiele jestem w stanie sobie przypomnieć, niestety

Dodaj komentarz