Nowość z księgarskich półek

Skąd zło? Jakub Żulczyk „Wzgórze psów”

„Wzgórze psów” Jakuba Żulczyka to ponad 800 stron opowieści o Zyborku i „odwarszawieniu”, byciu dorosłym i walce z ojcem. To nie jest próba odpowiedzi na pytanie: skąd zło? To pełne bezkompromisowości pokazanie, jak ludzie lubią sobie na to pytanie odpowiadać i co z tymi konstatacjami potem robią, jak one wpływają na ich życie.

Opowieść rozpoczyna tajemnicza scena, składająca się właściwie z dwóch elementów. To monolog ojca, który dzieli się ze swoimi dorosłymi już dziećmi „mądrością życiową”. Ten cudzysłów użyty przeze mnie jest niebezzasadny – ten sam mężczyzna bowiem znajduje się na granicy między życiem a śmiercią, poturbowany czołga się po lesie, próbując się ocalić.  Czyżby jego spostrzeżenia okazały się bezwartościowe? Dopiero wraz z rozwojem fabuły dowiemy się, kto był autorem tych słów.

Dopiero w kolejnych scenach powieści pojawi się jej główny bohater: Mikołaj Głowacki. To autor jednej powieści, którą napisał kilkanaście lat temu. Ma za sobą doświadczenie uzależnienia, pobyt w ośrodku, fizyczną i metaforyczną ucieczkę z Zyborku, miasteczka na Mazurach, gdzie dorastał. Teraz musi tam wrócić: jego żona, Justyna, straciła pracę, widmo rat kredytu hipotecznego i jego niemocy twórczej zmusza ich do powrotu do rodzinnej miejscowości i zmierzenia się z demonami.

Justyna już raz go uratowała: to ona pomogła mu przejść przez odwyk, wrócić do „normalnego” świata. Teraz to on musi wziąć na siebie odpowiedzialność za siebie i za nią. Aby pogłębić trudność sytuacji Żulczyk dokłada jeszcze jeden element: Justyna zdradzała Mikołaja. Wydaje się, że bohaterowie stracili wszelkie punkty oparcia. Żulczyk w doskonały sposób charakteryzuje parę bohaterów poprzez epizod na drodze: Mikołaj i Justyna spotykają  sarnę potrąconą przez samochód. Ich reakcja na tę sytuację jest dla mnie teraz, po lekturze całej książki, wiele mówiącą sceną, pokazującą, czego można się po nich spodziewać.

Powrót do Zyborka daje możliwość pokazania relacji między ojcem a synem. Mają za sobą „długą historię nierozmawiania. Lata pieczołowicie hodowanych, dorodnych urazów.” Przez znaczną część fabuły mamy do czynienia z typowym układem sił: ojciec, który „żywi się strachem, jak chlebem” i syn, uważający się za frajera. Brak szacunku w tej relacji motywowany jest różnorodnie: z jednej strony, ojciec głównego bohatera, gdy ten był młodym chłopakiem, nie stronił od alkoholu i przemocy. Mikołaj też nie ułatwia relacji: w swojej książce opisuje rodzinny dom i miejscowość, nie szczędząc czarnych barw. Kiedy jednak Mikołaj i jego żona przyjeżdżają do Zyborka, Tomasz Głowacki nie jest już pożałowania godnym alkoholikiem mającym kłopoty w relacjach z innymi. To lokalny przedsiębiorca, ma drugą, młodszą żonę i dwoje dzieci z kolejnego małżeństwa, jest liderem opozycji przeciwko rządzącej w Zyborku burmistrz. Lider społeczności, pomagający biednym mieszkańcom miasteczka, walczący o sprawiedliwość. To jeden z elementów składających się na powieściowy świat.

Tło aktualnych wydarzeń stanowi bestialskie zabójstwo nastolatki sprzed kilkunastu lat. Początkowo mamy wrażenie, że ta kwestia zostaje jedynie w pamięci Mikołaja, zamordowana Daria była jego dziewczyną. Na plan pierwszy bowiem wysuwają się tajemnicze zaginięcia mężczyzn z Zyborka. Czy to ma związek z działaniami burmistrz Bulińskiej , współpracującej z na poły mitycznym Kaltem, uosabiającym zło? Jednak im bliżej przyglądamy się relacjom w miasteczku, widzimy, iż przeszłość determinuje przyszłość i nie da się uniknąć ciągłego wracania do tego, co było. Mała społeczność, w jakiej toczą się powieściowe wydarzenia, sprzyja takim mechanizmom. Wszyscy się tutaj znają, nie zapominają sobie wyrządzonego zła. Trzeba pamiętać, że Żulczyk pisze powieść w konwencji thrillera. Tylko wtedy można uniknąć zarzucania mu tendencyjnego obrazowania świata, w którym wszyscy skażeni są złem.

„Wzgórze psów” jest dla mnie powieścią o utracie złudzeń. Nie tylko tych, które dotyczą praw rządzących życiem. Z jednej strony w powieści zostaje wymierzona kara za zło popełnione dawno temu. Wydaje się, że równowaga powinna zostać przywrócona. Sprawiedliwość jednak nie triumfuje. Odnosimy wrażenie, iż dotknięcie zła, nawet w takiej formie, gdy próbuje się wymierzyć karę za występek, może skazić człowieka, uwolnić w nim to, czego sobie nie uświadamiał. Przemoc jest ważniejsza od miłosierdzia. Kalt i wyobrażenia mieszkańców na jego temat to kojące złudzenie. Lepiej myśleć o nim, że to”Smętek, Kłobuk, Diabeł”, niż uważniej przyjrzeć się sobie.

Przerażające w wizji Żulczyka jest złudzenie, że wszystko pod koniec powieści wraca do normy. Relacje układają się na nowo, kara jest wymierzona, burmistrz posądzana o korupcję zostaje odsunięta od władzy, a główny bohater wie wreszcie, kim jest i czego chce. Jest „Panem i władcą północy”. Nie zdradzę co znaczy to określenie i kto, je wypowiada.

Mam jednak wrażenie, że wśród autorów mott do powieści, oprócz Wańkowicza i Kafki, powinien się jeszcze pojawić Hobbes.

PS. Fani „Belfra” nie będą zawiedzeni.

 

 

 

You Might Also Like