Nowość z księgarskich półek

Po prostu „Amerykańska sielanka ” Philipa Rotha

Za Amerykańską sielankę Roth otrzymał w 1998 roku Pulitzera. W ubiegłym roku na ekrany kin wszedł film w reżyserii Ewana McGregora na podstawie powieści, a Wydawnictwo Literackie przypomniało opowieść w nowej, związanej z filmem szacie graficznej. Roth wymieniany jest również wśród kandydatów do Nagrody Nobla. Myślę, że wystarczy powodów, by jego książkę przeczytać. Jest jednak jeszcze jeden, ważniejszy – to kilkaset stron doskonałej literatury.

Nathan Zuckerman, sześćdziesięcioletni pisarz wspomina swoje dzieciństwo i młodość, centralnym punktem tej opowieści staje się Szwed Levov, świetny sportowiec, wydawałoby się ideał. Historia początkowo toczy się w społeczności żydowskiej w Newark, gdzie liczą się ciężka praca, umiłowanie obowiązków i szacunek wobec dorosłych. Jednak to nie rozliczenie z własną przeszłością będzie dla Zuckermana najważniejsze, choć początkowo Roth tak kształtuje narrację, byśmy uwierzyli, że najistotniejsze jest rozliczenie z ojcami, którzy byli „ograniczonymi mężczyznami o nieograniczonej energii.” Uwagę pisarza przykuwa Szwed, przyczyniają się do tego trzy spotkania: ze Szwedem w 1985 roku w czasie meczu, kolacja zjedzona z nim dziesięć lat później w Nowym Jorku, gdy doświadczeniem łączącym rozmówców okaże się operacja prostaty (sic!) i rozmowa z bratem Szweda Levova, dwa lata później, gdy okaże się, że Szwed nie żyje. Jerry informuje Nathana o wydarzeniach z życia brata, które sprawiają, iż ten postanawia stworzyć „wymarzoną realistyczną kronikę wypadków”. Ma poczucie winy wobec znajomego z młodości, w czasie spotkania w Nowym Jorku ocenił go niesprawiedliwie, stwierdzając, że Szwed to człowiek, który jest „wcieleniem nicości”.

Roth z niebywałą swobodą wykorzystuje czas powieściowy, mamy wrażenie, że jesteśmy w „wiecznym teraz”, w którym nakładają się na siebie lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte i dziewięćdziesiąte. Dodatkowo wykorzystanie narracji personalnej powoduje, iż ciągle oscylujemy między bliskością a dystansem z głównym bohaterem, Szwedem Levovem. Zuckerman kryje się za narracją, znika w momencie, gdy Marry, córka Szweda ma dwanaście lat i wiemy, że walczy z jąkaniem się. Ta wydawałoby się niewinna dolegliwość stanie się jednym z elementów, które będą wyliczane, gdy bohaterowie spróbują dociec, co takiego stało się, iż dziewczyna podłożyła bombę w mieście, doprowadziła do śmierci szanownego lekarza, a potem zniknęła z życia Levovów fizycznie, bo jej czyn stał się punktem granicznym w funkcjonowaniu tej wydawałoby się idealnej rodziny.

Roth dokonuje wiwisekcji życia rodzinnego, jednakże prowadzenie narracji z perspektywy głównego bohatera utrudnia czytelnikowi rozpoznanie, co jest faktem, a co jedynie zmyśleniem. Każda z powieściowych postaci dostaje tutaj swój czas, możemy przyjrzeć się jej, jednak nie po to, by zrozumieć, ale by powtórzyć za narratorem – pisarzem przekonanie, że nie można poznać prawdy o ludziach, a jedyne, co nam zostaje, to przypuszczenia. Mimo wszystko, Rothowi udaje się stworzyć niezwykły portret żony Szweda, Dawn, kiedyś królowej piękności, później hodowczyni bydła, zrozpaczonej matki córki – terrorystki, bywalczyni szpitala psychiatrycznego. Ujmujące dla mnie były dwie sceny z życia bohaterki – opowieść o jej stosunku do tytułu miss i sposobach radzenia sobie z jej stereotypowym postrzeganiem oraz rozmowa z Lou Levovem, ojcem Szweda, o tym, jak mają zamiar wychować religijnie swoje dziecko – ona katoliczka i Szwed – żyd.

Na długo w pamięci zapadają opisy procesu produkcyjnego rękawiczek. Levovowie są właścicielami fabryki produkującej tę część damskiej garderoby, ale tak naprawdę są poetami rękawicznictwa – zarówno Szwed jak i jego ojciec potrafią opowiadać o tym, jak dobierać skóry, kroić i szyć. Dla ich rodziny Ameryka to miejsce, gdzie można zrealizować swoje marzenia, zapomnieć o horrorze Holocaustu i cieszyć się życiem. Jednak inaczej na swoją ojczyznę patrzy Marry, przeciwniczka wojny w Wietnamie i terrorystka. Ta konfrontacja dwóch wizji Stanów Zjednoczonych jest istotna, ważniejsza okazuje się kwestia wychowania dzieci, a raczej tego, jaką odpowiedzialność ponosimy za czyny naszych potomków. Można zarzucić Rothowi, że sprzedaje nam po raz kolejny wydawałoby się oczywistą prawdę, iż nie można uchronić dzieci przed ich wyborami, jednak podjęcie tej kwestii w kontekście sytuacji Merry jest według mnie mistrzowskie. Pokazuje bowiem rozdarcie ojca między miłością a nienawiścią do dziecka, które postanawia zniweczyć wszystko, co próbowano mu przekazać.

Wydaje się, że w tym świecie nikt nie jest bez winy: karykaturalnie przedstawiona Marry, która z terrorystki zamienia się w dżinistkę, Szwed niepotrafiący do końca wyzwolić się spod wpływu ojca, Dawn, odzyskująca siły po czynie córki za pomocą operacji plastycznej twarzy. Wymowna jest scena końcowa powieści – Levovowie nie byli ani gorsi, ani lepsi od innych ludzi, a jedyne, co pozostaje to śmiech. Niestety, przez łzy.

You Might Also Like