Nowość z księgarskich półek

Nie tylko o Sendlerowej – Anna Bikont „Sendlerowa. W ukryciu”

Pochłonęłam książkę Anny Bikont w dwa dni. Ktoś może powiedzieć, że „Sendlerowa. W ukryciu” nie nadaje się na tak pospieszna lekturę. Był to jednak czas szczególny – Polacy i Izraelczycy czekali wtedy na podpis Prezydenta RP pod nowelizacją ustawy o IPN – ie. Trudno byłoby znaleźć bardziej odpowiedni moment na tę biografię. Wywołała wiele moich emocji, dlatego, żeby je okiełznać, zdecydowałam się na tekst wypunktowany, wskazując to, co wydaje mi się najcenniejsze:

  1. Ogrom pracy: bogactwo faktograficzne, dla czytelnika okazujące się niekiedy przekleństwem nadmiaru. Taka decyzja Anny Bikont zdaje się być dążeniem do zrealizowania założeń antycznej teorii prawdy o zgodności twierdzenia z rzeczywistością. Wokół postaci Sendlerowej narosło tyle mitów, że konfrontowanie ich z danymi wydaje się się najlepszą metodą radzenia sobie z przeinaczeniami.
  2. Dialogiczność: rozumiem ją tutaj jako pokazywanie historii z wielu perspektyw, oddawanie głosu różnym osobom pojawiającym się w otoczeniu głównej bohaterki. Powojenne losy Sendlerowej komentuje Władysław Bartoszewski, mówią o niej ocalone przez nią osoby czy jej dzieci.
  3. Demitologizacja Ireny Sendlerowej: według mnie Sendlerowa staje się dzięki tej książce pomnikiem uczłowieczonym. Poznajemy ją jako pracownika, żonę, matkę. Można oczywiście powiedzieć, że to banalne zaglądanie za kulisy. Ta, która ocaliła wiele dzieci żydowskich, nie jest dobrą matką, albo „wystarczająco dobrą matką”, gdyby użyć tej zbitki występującej w pop psychologii. Jaki wpływ na jej społeczne zaangażowanie po 1945 roku ma pochodzenie jej drugiego męża? Dlaczego Sendlerowa tworzyła mit osoby szykanowanej przez reżim, choć w pewnym sensie tworzyła jego podwaliny?
  4. Codzienność pracy konspiratora: dzięki kwerendzie archiwalnej Bikont uświadamia nam, jak wyglądało organizowanie mieszkań, opieki, finansów dla ukrywających się Żydów. Autorka odsłania kulisy powstania Żegoty, wpisuje działalność organizacji w kontekst dwudziestolecia międzywojennego i panujących wtedy podziałów ideowych.
  5. Portrety: Michała Głowińskiego, Jana Dobraczyńskiego, Jonasa Turkowa, Bogdana Wojdowskiego i Elżbiety Ficowskiej. Ocaleni i ocalający, wszyscy w odcieniach szarości.
  6. Co robili Polacy w czasie wojny? Bikont pokazuje pełen wachlarz ludzkich relacji: dobroć, gotowość do pomocy, ale też chęć zarobku i zwyczajne bestialstwo. Opis doświadczeń ukrywanych dzieci przypomina fragmenty „Fałszerzy pieprzu” Sznajdermann, gdy pisze ona o historiach wychowanków żydowskiego domu dziecka – relacje o doświadczeniach ukrywanych dzieci u Sznajdermann i Bikont są podobne. Często pojawia się w opowieści o Sendlerowej „osławiony” ostatnio szmalcownik- ktoś, kto przeraża ukrywających i ukrywanych równie mocno jak gestapowiec.
  7. Marzec 1968 roku. To, co Bikont pisze na temat marca i nagonki antysemickiej niezmiernie przypomina mi tematy podejmowane w aktualnych dyskusjach o antysemityzmie. Zawsze pojawia się nierozłączna para: szmalcownik kontra sprawiedliwy wśród narodów świata. Tak, jakby każdą dyskusję o Holokauście musiał asekurować bohater, nie wystarczy nam przypominanie o zwykłej przyzwoitości, antysemityzm i jego wstydliwą obecność może przykryć jedynie fraza o tym, że spośród Polaków rekrutuje się największa liczba posiadaczy drzewka w Yad Vashem. Ktoś z polityków oznajmił ostatnio, że Polakom należy się drzewo jako narodowi za ochronę Żydów. Ten ktoś na pewno nie czytał książki Anny Bikont. A powinien. To przejmujący portret niezwykłej kobiety żyjącej w jakże ciekawych czasach.
  8. Okładka – czy można lepiej zobrazować ideę książki? Część twarzy bohaterki znajduje się poza kadrem, szarości, biel, czerń,  które zyskują tu symboliczne znaczenie. Niejednoznaczność jest fascynująca, choć niebezpieczna. Ta książka dowodzi tego wielokrotnie.

You Might Also Like

Dodaj komentarz