Nowość z księgarskich półek

„Mock. Pojedynek”

Przed napisaniem tego tekstu sięgnęłam do swojego wpisu blogowego o poprzedniej książce Marka Krajewskiego o Mocku. Kończyłam go informacją o tym, że z zapowiadanej powieści (która mam właśnie przed sobą) dowiemy się, jak doszło do porzucenia studiów przez Eberharda. Wszystko się zgadza. W najnowszej powieści „Mock. Pojedynek” pisarz odsłania przed nami okoliczności  tej decyzji Eberharda, zwanego pieszczotliwie Ebim. Ta obietnica została spełniona. Oczywiście, nie zdradzam niczego.

Moje zdziwienie było bardzo duże, gdy uświadomiłam sobie, że większość uwag, które zrobiłam sobie, czytając najnowszą powieść Krajewskiego, pokrywa się ze spostrzeżeniami dotyczącymi poprzedniej książki. Pisarz podobnie konstruuje fabułę, wykorzystując klamrę, tak samo dzieli tekst na fragmenty, dbając o to, by krótkie segmenty tekstu pomogły mu w budowaniu napięcia. Wprowadza do tekstu łacińskie zwroty, archaizmy, które sprawiają, iż mamy wrażenie przebywania w świecie z początku dwudziestego wieku. Tworzy się dzięki temu ciekawe zjawisko: opisywana przez Krajewskiego rzeczywistość jest od nas bezpiecznie daleko, a inkrustowanie tekstu obcojęzycznymi zwrotami sprawia, że mamy wrażenie dotykania czegoś, co jest elitarne, niedostępne dla wszystkich. Możemy poczuć się lepiej, gdy rozumiemy niektóre frazy, czyli czytanie kolejnej opowieści o Mocku nie musi już należeć do kategorii wstydliwych przyjemności.

Marek Krajewski w wywiadach często zwraca uwagę na to, że jest zobowiązany wobec swoich czytelników – jeśli oni akceptują jakieś rozwiązanie fabularne czy kompozycyjne, nie będzie tego zmieniał. Rozumiem mechanizmy rynku, Krajewski jest pisarzem zawodowym, utrzymuje się z pisania, więc  nie może sobie pozwolić na rewolucyjne rozwiązania, chyba że zażądają tego odbiorcy. To ciekawa, nieopisana jeszcze figura pisarza jako zakładnika czytelników.

Eberhard Mock  w tej powieści to student uniwersytetu, porzuca znienawidzone życie w Wałbrzychu, chce zostać profesorem gimnazjalnym. Ma cechy, które już doskonale znamy: potrafi być uparty, jest dociekliwy, namiętny, nie stroni od kobiet i alkoholu. Obce są mu wszelkie stadne zachowania, dlatego nie angażuje się w funkcjonowanie burszenszaftów (zaciekawionych odsyłam do książki), jest niechętny pojedynkom. Jednak samobójstwo albo zabójstwo jednego z wykładowców, jak podejrzewają niektórzy, sprawia, że Mock zaangażuje się na polecenie swego promotora w tropienie ewentualnego sprawcy. Fabuła nie może obyć się bez pięknej (czy zdradzieckiej?) kobiety i słynnego imadła, które pojawia się w życiu Eberharda po raz pierwszy.

Oprócz elementów przewidywalnych, obecnych zawsze w powieściach Krajewskiego, które budzą raczej moje narzekania niż poczucie bycia w dobrze znanym, bezpiecznym świecie, są kwestie nowe, sprawiające, że żałuję, iż autor nie napisał jeszcze żadnej powieści historycznej. Tym razem pisarz odsłania nam mechanizmy towarzyskiego funkcjonowania studentów, jakim są wspomniane już burszenszafty, relacje między przedstawicielami różnych narodów czy obecność kobiet na uniwersytecie w Breslau. Ta płaszczyzna jest w najnowszej powieści bardzo rozbudowana, ciekawsze wydają się kwestie zachowania czy utraty honoru w kontekście pojedynku niż to, kto ostatecznie zabił. Szkoda, że poetyka gatunku wymaga od pisarza, by rozwiązał wszystkie wątki: prawdopodobieństwo pojawienia się kobiety, w której Mock kochał się w czasie studiów, dziesięć lat później w Kurlandii w czasie wojennej zawieruchy, wydaje się nikłe. A jednak… Niestety, taka scena kończy powieść. Tak, wiem, kryminał ma swoje prawa. Dlatego ja czekam na powieść historyczną pióra Krajewskiego albo uniwersytecką, bo wspominał w jednej z rozmów, że chciałby coś takiego napisać.

 

You Might Also Like