Nowość z księgarskich półek

„Międzymorze” Ziemowita Szczerka

W swej najnowszej książce Ziemowit Szczerek już na pierwszych stronach w wyrazisty sposób informuje nas, z jaką lekturą mamy do czynienie. Przede wszystkim podtytuł „Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” jest sygnałem, iż mamy do czynienia z książką reportera, który nie ustaje w poszukiwaniach granic, jeździ, rozmawia, przygląda się. Druga część wskazuje na zamiar konfrontacji, zestawiania ze sobą tego, co prawdziwe i wymyślone, by realizować różnego rodzaju potrzeby kompensacyjno-polityczne, jeśli tak można je nazwać. Szczerek na 9. stronie książki dobitnie określa również zasady „paktu”, jaki nawiązuje z nim czytelnik, biorący do ręki Międzymorze: ” To jest książka podróżnicza. To będzie książka o podróżach i wrażeniach. Komu się to nie podoba, niech odłoży ją już teraz.” Tym samym wytrąca potencjalnym recenzentom argumenty typu: uważam, że Szczerek powinien ująć to inaczej/ według mnie brakuje tam… itd. Reporter jasno stawia sprawę, oczekuje przyjęcia konwencji, nie ma zamiaru spełniać czyichś oczekiwań.

Szczerek wskrzesza według mnie funkcjonującą od XIX wieku w literaturze figurę flâneura – spacerowicza w przestrzeni miejskiej, który zainspirowany tym, co widzi, zaczyna snuć refleksje. Modyfikuje ją, uwzględniając, oczywiście, konwencję gatunkową reportażu. Przywołanie francuskiego terminu tłumaczy niezmiernie intensywny w Międzymorzu żywioł publicystyczny, refleksyjny, owe „wrażenia” z deklaracji autora. Razem z reporterem przemierzamy Europę od Morza Bałtyckiego po Morze Czarne. Jesteśmy w Macedonii, Rumunii, na Węgrzech, w Rosji, w Niemczech, na  Łotwie itd. Zachód kontra Wschód, to co lokalne, przeciwstawione wszystkiemu, co mogłoby nosić etykietę globalne. Porządek przeciwstawiony „rozpaczliwej szyldozie i architektonicznemu rozpiździajowi”, a wszystko to skąpane  z jednej strony w „etnicznych snach”, jak Szczerek nazywa  marzenia o własnym państwie, tak widoczne na Bałkanach, przeobrażające się później w przekonania o potędze i niezwykłości, jak w przypadku Polski czy Węgier. Autor nie zatrzymuje się długo w jednym miejscu, porządek geograficzny nakłada się na sferę wyobrażeń i niejednokrotnie politycznych rojeń: obok swoich obserwacji, umieszcza wypowiedzi ludzi spotkanych na swej drodze, dzięki czemu udaje mu się uniknąć jednostronności, niebezpiecznego odkształcenia obrazu przedstawianej rzeczywistości, o co nietrudno, jeśli weźmiemy pod uwagę bogactwo żywiołu refleksyjnego w tej książce. Czasem  się w niej gubiłam, podzielona na krótkie rozdziały, nieopatrzona spisem treści nie ułatwiała orientacji w kompozycji.  Z drugiej strony to jednak może być zabieg celowy: choć przenosimy się z miejsca na miejsce, to często mamy wrażenie, że w większości tych krajów pojawiają się podobne trudności społeczne, ekonomiczne czy polityczne.

Najciekawsze dla mnie były rozdziały o Ukrainie, Litwie, Łotwie i Estonii pokazujące, w jak różne strony mogą ewoluować republiki postsowieckie. Rozdziały o relacjach polsko-litewskich powinny być obowiązkową lekturą dla wszystkich tych, którzy organizują wyjazdy na Litwę pod szyldem powrotu do utraconej/odebranej nam ojczyzny. To też świetny kontekst z punktu widzenia mojej nauczycielskiej pracy – Wilno Mickiewicza i Miłosza zyska nową twarz. Ciekawie w książce Szczerka funkcjonuje również kategoria granicy: instytucjonalnej, mentalnej, prawnej, która pojawia się w różnych odsłonach po to, by pokazać, jak wbrew pozorom, ulotnym jest bytem. Książka Szczerka jest odtrutką na polskie sny o potędze, wstawaniu z kolan i uczeniu innych, jak korzystać z widelca. Międzymorze pełne jest urokliwych, niekiedy barokowych fraz, jednak najbardziej zapada w pamięć metaforyczny obraz Polski z ostatnich stron książki, zostawiam Państwa z nim:

Każdy, kto obserwuje polski chaos, wie dobrze, że w tym szaleństwie jest metoda. Że ten chaos jest wewnętrznie spójny. Że kręci się, owszem, wokół czarnej dziury w swoim środku, ale tylko czeka, żeby wydać z siebie coś arcypolskiego. I wydał Licheń. Nie wyobrażam sobie tej katedry, dajmy na to, w Berlinie, Budapeszcie czy choćby w Pradze, ale za to spokojnie mogłaby stać w gruzińskim Batumi czy macedońskim Skopje, w miastach o wiele zresztą ciekawszych od Berlina, Budapesztu czy Pragi, bo podobnie jak Polska łączących w sobie największe możliwe aspiracje i wizje z barbarzyńskością, nieumiarkowaniem i koślawością.”

 

You Might Also Like