Z biblioteki

„Mam na imię Lucy”, czyli o przeszłości, która żyje nami

Czytałam tę książkę dwukrotnie. Za każdym razem zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Mogłabym stworzyć listę zalet (i poniżej to zrobię), ale przede wszystkim przejmuje mnie coś, co nazwałabym przystawalnością do życia. Nie wiem, czy to profesjonalne, by podkreślać w recenzji swoje doświadczenia, ale książka Strout przypomina mi wiele rozmów z kobietami, gdy zaczyna się jakaś opowieść o codziennych sytuacjach i nagle czujemy, że ktoś nie dopowiada wszystkiego, coś jedynie sygnalizuje, tak, by nie zrazić do siebie, nie wywołać gwałtownej reakcji. Jest coś, czego się wstydzi, nie wiadomo, czy bardziej przed sobą samą czy przed słuchaczami. Dla mnie Mam na imię Lucy jest właśnie namiastką takiej sytuacji, próbą opowiedzenia o czymś, co jak mówi narratorka, jest „opisem rzeczy, których nie mogła wypowiedzieć”.

Wydarzenia opisane w powieści i czas narracji dzieli prawie trzydzieści lat. Narratorka wraca do swojego dziewięciotygodniowego pobytu w szpitalu, gdy na pięć dni przyjechała do niej jej matka. Ten dystans czasowy jest ważny z dwóch powodów: po pierwsze pozwala podawać w wątpliwość wspomnienia narratorki, luki w pamięci są uzasadnieniem dla unikania kwestii niewygodnych. Poza tym mamy też dwie główne bohaterki – Lucy przebywającą w szpitalu i Lucy, która postanawia opisać swoje dzieciństwo i narodziny decyzji  o zostaniu pisarką.

Czas choroby jest tutaj doskonałą metaforą pokazującą wyrwanie z absorbującego „krzątactwa” matki dwóch córek. Nie ma już codziennych czynności, za którymi można ukryć to, co nas uwiera w życiu.  Gdzieś majaczy nam nie najlepsza relacja z mężem, który nie ma zbyt wiele czasu, by odwiedzić żonę, do głosu dochodzi troska o pozostawione w domu dzieci, jednak najważniejsze wydaje się dla narratorki spotkanie z matką. Kobieta spędza przy jej łóżku pięć dni, rozmawiają przede wszystkim o innych ludziach – rozpadających się małżeństwach, nieszczęściach czy ostatecznie o celebrytach, unikając tym samym rozmowy o tym, co ważne. Co takiego stało się bowiem, że Lucy nie wraca do domu, w którym wyrosła, podobnie rodzice i rodzeństwo nie utrzymują z nią kontaktu. Ciągle odnosimy wrażenie, że Lucy znajduje się w ciągłym ruchu przyciągania i odpychania: po tym, jak próbuje nazwać to, co działo się w ich domu, następują chwile, gdy zaczyna tłumaczyć swoich rodziców. Opowieść o dzieciństwie kobiety jest tym bardziej przejmująca, im mniej emocji ujawnia się w języku. Dowiadujemy się o przemocy fizycznej, obojętności, biedzie, odrzuceniu, gwałtowności tak, jakby to były rzeczy zwyczajne, zdarzające się w życiu wszystkich dzieci. Rodzice zamykający Lucy w furgonetce, ojciec poniżający jej brata na oczach całego miasteczka za chwilę pokazani są jako osoby, które odsłaniają na moment swą ludzką twarz. Strout w wywiadach zaznaczała, że nie chce oceniać swoich bohaterów. To jednak jest przerażające, czytając tę opowieść, tęskniłam chwilami za starym dobrym dziewiętnastowiecznym narratorem, który w jasny sposób rozłożyłby wartości, ocenił świat. Po lekturze Mam na imię Lucy  odnoszę wrażenie, że we wszystkich nas czai się przemoc, „wypełnia nas mrok”, choć, miejmy nadzieję, nie zawsze będzie mógł się ujawnić.

Lucy po doświadczeniu przemocy w dzieciństwie wydaje się osobą, która nie czuje,  a na pewno nie ujawnia swoich emocji, nie analizuje ich drobiazgowo. Mnożenie określeń, które teraz uprawiam, jest tak naprawdę wyrazem wątpliwości dotyczących tego, co dzieje się w sercu, czy jak ktoś woli, w duszy narratorki. Jedyna czułość, na jaką stać jej matkę, to ściskanie stopy Lucy, gdy ta znajduje się w szpitalnym łóżku. Kobieta nie jest ciekawa, co dzieje się w życiu jej córki, tak, jakby to, co usłyszy mogło zburzyć mur, jaki wokół siebie zbudowała. I choć Lucy skończyła studia, mieszka w Nowym Jorku, ciągle wydaje się zakotwiczona w rodzinnym domu, pisząc „nasze korzenie wiją się wytrwale wokół naszych serc”. Ciągle odbiera sobie prawo do poczucia własnej wartości, czuje się gorsza od innych, jest wobec siebie bezlitosna, jak we fragmencie opisującym emocjonalną reakcję: „Tylko, kurwa, nie płacz, idiotko”.  Ona sama staje się matką, której dorosłe córki nigdy nie odwiedzają – nie skorzystały ani razu z sypialni, które urządza w swoich kolejnych mieszkaniach.  W reakcji na tę konstatację stosuje znany sobie mechanizm, łagodząc prawdę, poprzez stwierdzenie, iż zna też inne matki nieodwiedzane przez córki.

Mam na imię Lucy to również opowieść o narodzinach pisarki, dokonujących się, tutaj paradoksalnie, poprzez opisanie dzieciństwa. Literatura jako sposób radzenia sobie z samotnością, opisywanie ciągle tej samej historii, próba dociekania prawdy o człowieku, która musi niestety wiązać się ze zgodą na nierozstrzygalność pewnych kwestii – to kwestie pojawiające się w powieści. Sarah Payne to pisarka, jaką spotyka Lucy na swej drodze, bierze udział w spotkaniu autorskim i warsztatach prowadzonych przez nią. Wydaje mi się, że  Payne jest tak naprawdę prefiguracją samej Lucy, pewnym zestawem cech i przekonań, które ona sama w końcu przyjmuje w swym pisarskim rzemiośle.

To smutna książka. O tym, że nie potrafimy wyrażać emocji, stawać twarzą w twarz z prawdą o nas samych i o tym, że nigdy nie wyzwolimy się z dzieciństwa. Może to przybierać różne formy, podobnie jak w rodzinie Burtonów: Lucy emanuje chłodem, jej brat staje się towarzyszem zwierząt idących na rzeź, a siostra pogrążona jest w ciągłych pretensjach wobec świata. Podobno nie wolno żyć przeszłością, niestety, niekiedy to ona żyje nami.

You Might Also Like