Z biblioteki

Czy warto czytać „Niksy” Nathana Hilla?

Pytanie  postawione w tytule posta nie jest pozbawione sensu: książka ma ponad osiemset stron, a w mieszkaniach chyba wszystkich „czytaczy” zalegają książki, które trzeba już oddać do biblioteki, a jeszcze się ich nie przeczytało, te, które się kupiło. Nie piszę już o zgromadzonych na czytnikach ebookach. Jest co robić. Powieść Nathana Hilla to rzecz dość nierówna: zawierająca  obok fragmentów doskonałych  te rytujące czytelnika – wskazywanie palcem, dopowiadanie wątpliwości, wyjaśnianie motywacji. Jednak jeśli mamy ochotę na opowieść o współczesnym pojmowaniu prawdy, warto zaprzyjaźnić się z tą książką przez kilka wieczorów. Ale kolejno:

Hill stosuje zasadę: dla każdego coś dobrego. Wprowadza na scenę trzech głównych bohaterów: Samuela, nauczyciela akademickiego, porzuconego przez matkę jako dziecko. Jego matkę Faye, która poznajemy w kilku odsłonach: jako mężatkę, studentkę, kontestatorkę politycznego ładu. Alice z kolei to przyjaciółka Faye z czasów studiów i protestów 1968 w Chicago, Samuel odnajduje ją, by dowiedzieć się czegoś o matce z młodości. Akcja powieści zostaje rozpięta na przestrzeni ponad czterdziestu lat, co pozwala pisarzowi sprawnie żonglującemu płaszczyznami czasowymi, na budowanie napięcia, ale przede wszystkim umożliwia szukanie analogii między protestami w 1968 roku i później w 2004 i 2011.
Hill, trzeba mu to przyznać, potrafi świetnie portretować postaci za pomocą kilku zdań. W ten sposób od razu steruje naszym pierwszym odbiorem. Potem jednak rozbudowuje charakterystyki, nie szczędząc ironii swoim bohaterom. Któż z czytających nie zacznie się śmiać, gdy przeczyta tyrady adwokata przygotowującego obronę Faye przed oskarżeniem czy rozważania Pwnage’a o potrzebie zdrowego jedzenia. Niezapomniany jest też monolog studentki Samuela, która ma wątpliwości. Nie wie, jak nazwać ten stan, bo nie ma takiego emotikonu w jej aplikacji, który mógłby pomóc w łatwym komunikowaniu uczuć.
Książka w swej strukturze przypomina śledztwo: jej kolejne wątki mają pomóc w odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że Faye porzuciła swojego syna. Jednak cząstkowe odpowiedzi generują kolejne pytania, kolejne wątpliwości i  umożliwiają wprowadzenie informacji o dodatkowych okolicznościach. Samuel jest w tej powieści wykładowcą literatury na uniwersytecie, dobrze zapowiadającym się pisarzem, kilkunastoletnim dzieckiem, które nie radzi sobie z atakami płaczu i mężczyzną beznadziejnie zakochanym w siostrze przyjaciela. Ta wieloelementowa układanka powtarza się też w sposobie pokazania jego matki, jednak czasy, w których Faye dorastała i później role społeczne, w jakie została wtłoczona, albo wtłoczyła się sama, nie są dla niej źródłem satysfakcji, poczucia, że jej życie jest bogate i niejednoznaczne, raczej powodują niekończące się rozterki i poczucie ciągłego niezadomowienia.
Napisałam na początku, że „Niksy” to powieść o postrzeganiu prawdy. Raczej o tym, jak widzimy swoje życie. Samuel ucieka przed swoimi pragnieniami, ba, nawet można powiedzieć, że nie wie, czego chce. Sposobem poradzenia sobie z tą sytuacją są gry komputerowe, wirtualny świat Elflandii to przestrzeń, gdzie pozna innych graczy, przede wszystkim najsprawniejszego wśród nich – Pwnage’a. Świat gry, wyzwań, jakie są stawiane przed zawodnikami, jest lepszy niż rzeczywistość poza serwerami. Ta ucieczka od prawdy, pozostawanie w jaskini, gdyby posłużyć się Platońską metaforą, prowadzi jednak do wyniszczenia. Długo w czasie czytania miałam wątpliwości dotyczące wartości „Niksów”, jednak w żadnej powieści nie znalazłam tak doskonałego, bogatego w szczegóły i metaforycznego opisu uzależnienia od gier również na poziomie fizjologicznym, który prowadzi do zapaści. Kłopot z prawdą o sobie ma również Laura Pottsdam, studentka Samuela oskarżona przez niego o plagiat pracy zaliczeniowej. Jej rozmyślania o wiedzy zdobywanej na studiach, według niej nieprzydatnej w prawdziwym życiu, to majstersztyk stylistyczny obrazujący stan myślenia współczesnych młodych ludzi, którzy kontestując wysiłek, nie wiedzą, czym jest „prawdziwe życie”.
Co denerwuje mnie w powieści Hilla? Przede wszystkim to, że pod jej koniec postanawia nam wyjaśnić, co myślą i czują bohaterowie, jak rozwiną się ich losy. Tak, jakby trochę bał się, że czytelnik może samodzielnie pomyśleć i popełnić błąd. Irytują mnie rozwiązania wątków wykorzystujące nieprawdopodobne zbiegi okoliczności.  Nie pamiętam też książki, która by w tak dosłowny sposób tematyzowała myśl zawartą w motcie. Nie intryguje mnie specjalnie metafora niksów, przypominająca piętnowane przez stoików żądze. A zakończenie ciekawej powieści zdaniem tak banalnym jak: „Prędzej czy później trzeba spłacić każdy dług” uważam za strzał w literackie kolano.
zdjęcie okładki pochodzi ze strony Wydawnictwa Znak

You Might Also Like

Dodaj komentarz