Nowość z księgarskich półek

Co dziedziczymy? Vigdis Hjorth „Spadek”

Każda rodzina ma swoją dziwaczkę/ swojego dziwaka – kogoś, kto niezbyt dobrze czuje się na rodzinnych spotkaniach, zadaje (zakazane) pytania o sensowność pewnych działań, a w końcu alienuje się od kochającego się (przecież) nie tylko na zdjęciach, stadka. Sytuacji dodaje pikanterii, gdy on bądź ona zaczyna głośno mówić o tym, że dzieciństwo nie było idealne, ba okazuje się, że rodzice mają wiele na sumieniu. Taki układ sił pokazany zostaje przez Vigdis Hjorth, która swoim „Spadkiem” walczy o prawo udzielania głosu ofiarom.

Bergljot jest dojrzała, ma już swoje dorosłe dzieci, satysfakcjonującą pracę zawodową i dobry związek. Jednak nie utrzymuje kontaktu ze swoimi rodzicami – rozstanie nastąpiło przed piętnastoma laty, gdy kobieta zasugerowała im, że była w dzieciństwie wykorzystywana seksualnie przez ojca. Rodzice nie przyjmują tego do wiadomości, odcinają się od niej również siostry. Życie rodziny toczy się jednak dalej, aż do momentu, gdy okazuje się, że w ramach testamentu rodzice postanowili nierówno podzielić prawo do domków letniskowych. Ten ostatni element to według mnie jedynie punkt zapalny, który pokazuje, że rodzina jest nie tylko sferą relacji emocjonalnych, ale też skomplikowanym układem finansowym. Pieniądze w rodzinie to przecież narzędzie sprawowania władzy, oznaka dojrzałości i pozycji życiowej, sposób wywierania nacisku i narzędzie egzekwowania lojalności.

Kiedy umiera ojciec, sytuacja nabiera rozpędu. Jak w każdym kryzysowym momencie demony dają o sobie znać, śmierć ojca budzi w narratorce wspomnienia i poczucie winy.

Hjorth udaje się ciekawie oddać meandry emocji Bergljot: główna oś fabularna powieści ułożona jest chronologicznie, jednak rozwój akcji przeplatany jest impresjami kobiety z dzieciństwa i młodości. Natręctwo myśli zobrazowane jest poprzez powtarzanie fragmentów narracji, a poczucie smutku i przygnębienia wzmagane jest aurą. Oczywiście to, że ojciec nie chce uznać swojej winy nie dziwi, niestety, czytelnika. Postać matki broniącej swego męża – oprawcy nie jest daleka od tego, co wiemy o funkcjonowaniu rodzin, w których pojawiło się wykorzystywanie seksualne. Kobieta, zaprzeczając córce, broni swojej decyzji sprzed lat, rezygnuje z relacji z córką, by móc widzieć swoje życie jako spójne i sensowne.

Najbardziej intrygująca jest Bergljot i to, jak jednocześnie będąc odseparowana od rodziny, pragnie akceptacji bliskich. Tkwi w pełnym tragizmu uwięzieniu: nie może być z nimi blisko, a jednak boi się, że można ją odsunąć jeszcze bardziej. W tej powieści autorka przygląda się wszystkim zobowiązaniom, jakie stawa przed nami społeczeństwo w relacji z rodzicami: czy mogę mieć pretensje wobec ludzi, którzy są starzy i schorowani? być może też było im trudno? może ojciec musiał żyć z poczuciem winy po tym, co zrobił? czy ktoś po tylu latach mnie zrozumie?

Bergljot zajmuje się teatrem, to istotne, bo autorka tematyzuje tę kwestię, pokazując, jak sztuka podpowiada nam różne obrazy zarówno rodziny jak i przemocy.  Henryk Ibsen sąsiaduje tu z Mariną Abramowić, uświadamiając, że istotnym komponentem relacji międzyludzkich są przemoc i sztuczność, rozumiana tutaj jako udawanie, „przybieranie twarzy”. Nie uciekniemy od tego, to wpisane jest w bycie człowiekiem. Hjorth popada czasami w dydaktyzm, założenia leżące u podstaw tej powieści wydają się słuszne, jednak niekiedy można być znudzonym freudowskim sosem, którym podlane są analizy życia rodzinnego czy formułowanymi wprost refleksjami o potrzebie dania ofiarom prawa do uznania ich cierpienia. Nie wszystko musi być przecież podane na tacy, czasem odnosiłam wrażenie, że autorka boi się, iż istotne kwestie mogą mi umknąć, dlatego wszystko dopowiada.

„Spadek” to trzymająca w napięciu wiwisekcja rodzinnych relacji: jest dużo bólu i przerażenia, może jednak cel badawczy, jak to przy wiwisekcji bywa, zostanie osiągnięty.

 

 

You Might Also Like

Dodaj komentarz